Zacznę od tego, że duże ekrany w smart­fo­nach mnie nie prze­ra­żają. Niech po­twier­dze­niem tych słów bę­dzie fakt, że by­łem po­sia­da­czem (za­raz po pre­mie­rze) pierw­szego Galaxy Note’a z wy­świe­tla­czem o prze­kąt­nej 5,3” w for­ma­cie 16:10, co dziś już nie robi żad­nego wra­że­nia, ale wtedy był ni­czym ta­blet. Świetnie od­naj­dy­wa­łem się z więk­szym niż w kon­ku­ren­cji ekra­nem, ale jego na­stępcy (Note 2 i Note 3) nie­zbyt mnie do sie­bie prze­ko­nali, dla­tego też prze­sia­dłem się na „ma­lut­kiego”, pię­cio­ca­lo­wego Nexusa 5. Czysty Android był faj­nym do­świad­cze­niem, można by rzec, że sta­łem się jego fa­nem. Prawda była jed­nak nieco inna. Stałem się nie fa­nem, a nie­wol­ni­kiem. Gdy so­bie przy­po­mnę nieco po­nad dwu­let­nią przy­godę z Nexusem oka­zuje się, że ROM od Google’a go­ścił tam w su­mie może ze 3 ty­go­dnie. Pozostały okres to różne cu­stom ROMy, które spra­wiały, że czy­sty Android sta­wał się bar­dziej uni­wer­salny. Później na­stą­piła prze­siadka na Mi5, gdzie ekran „urósł” o ko­lejne 0,2”. Po pół­to­rej roku stwier­dzi­łem, że czas prze­siąść się na coś nieco więk­szego.